W związku z awarią schodów w dół wszyscy pasażerowie przemieszczali się windą. Mało brakowało, a nie zdążyłabym na metro, gdyż winda była mała- a chętnych sporo.

Na stacji “Centrum” zawsze panuje duży tłok. Jest to miejsce, z którego możesz dojechać wszędzie, rozgałęzienie wszelkich możliwości komunikacyjnych. We wnętrzu wagonu było ciepło i duszno. Była to zapewne cecha charakterystyczna dla samego metra, ponieważ w środku znajdowało się zaledwie kilka osób. Będąc “wsiadającą” naraziłam się na kilka spojrzeń, ocen wzrokowych. Nic normalniejszego- człowiek przystosowuje się do swojego otoczenia, więc gdy ono się zmienia- bada spojrzeniem, obserwuje zmiany po czym akceptuje je i wraca do swoich zajęć.

Przygotowując się do przejażdżki już wtedy myślałam o tym, o czym chcę napisać. Byłam rozerwana pomiędzy tym co być może powinnam, a co chciałabym napisać na temat metra. Chciałabym napisać o ludziach, o otoczeniu. O tym, co udało mi się zaobserwować, jednak kłuła mnie myśl, że ta tematyka niczym się nie wyróżni, nie będzie wyjątkowa na tle większości tekstów o ludziach i otoczeniu. Wraz z przebiegiem tego wydarzenia oraz wniosków, jakie zdobyłam, uznałam, że tekst może być wyjątkowy nawet wtedy, kiedy będzie podobny dwudziestu innym.

Łapanie się tematyki, o której nie mam pojęcia wydaje mi się pozowane, a zawsze ceniłam w sobie swobodę do pisania na tematy, które mnie faktycznie inspirują.

Zaczęłam uważniej przyglądać się pasażerom. Większość z nich trzymała w ręku telefony, jednak akurat w tym nie odbiegałam od nich- pisząc tekst wydawałam się dość mocno zaangażowana w to, co dzieje się na małym ekranie smartfona. Ich twarze nie wyrażały emocji, powiedziałabym nawet, że były puste, skąpe.  Starsza pani w wiśniowych włosach spoglądała na mnie co kilka chwil. Wydawała się być zagubiona w obecnym świecie pełnym technologii. Jej zmartwiona, postarzała już twarz przypomniała mi      o upływie czasu. Była jedną z niewielu osób, której ręce był puste, zdawała się być na “tu i teraz” ze swoim ciałem i umysłem. Obserwowała ludzi, co rusz spoglądając na swoje dłonie, paznokcie, złote pierścionki na palcach.

Pasażer siedzący przy wyjściu wyciągnął kanapkę. W powietrzu uniosła się woń jedzenia tylko po to, by po sekundzie zniknąć. Na myśl przyszło mi tylko podejrzenie, że być może to był jego pierwszy posiłek w ciągu tego dnia, a może właśnie wraca z nocnej zmiany i nabiera sił przed wolną sobotą.
Mężczyzna ze spokojem złapał mnie spojrzeniem, gdy z fascynacją przyglądałam się uldze na jego twarzy, gdy upił łyk wody z butelki.

Poczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Rozejrzałam się po twarzach ludzi siedzących przede mną- nie był to wzrok żadnego z nich. Dopiero ruch odbicia w szybie przyciągnął moją uwagę. Był to mężczyzna siedzący kilka siedzeń dalej ode mnie. Lustrował mnie wzrokiem poprzez odbicie, patrzyliśmy na siebie przez kilka sekund, jednak był to jedynie urywek tego, co działo się w naszych głowach.

Do metra wsiadła młoda kobieta o blond włosach. Słuchała muzyki i wpatrywała się w jeden punkt. Miała łagodną minę, wyraźnie zawieszona pomiędzy przeszłością a przyszłością- daleka od bycia w teraźniejszości, działała automatycznie. Przez jej twarz przemierzały różne emocje, pewien rodzaj smutku i nostalgii, wyraźnie odizolowana od świata, który ją otaczał nie pozwalała, by cokolwiek lub ktokolwiek zmącił jej ciche wody.

Kicha.

Na zdrowie, odpowiadam jej w myślach, jednak podejrzewam, że byłam jedyną osobą na świecie, która to usłyszała.

Moje rozmyślenia przerwał komunikat o zbliżającej się stacji Kabaty. O samej dzielnicy nie wiedziałam nigdy zbyt wiele, wydawała mi się      nie być kluczową dzielnicą Warszawy, w przeciwieństwie do innych, tętniących życiem. Dlatego ucieszyłam się na myśl o tym, że jest to tylko przystanek tej podróży.  W prawie pustym korytarzu prowadzącym do wyjścia, wyraźnie odbijał się echem stukot moich obcasów. Oślepiało mnie światło dochodzące z końca korytarza, a później także odbijające się od stopni na schodach. Był to naprawdę piękny, jesienny dzień.

Podróż powrotna była już mniej spokojna. Im bliżej centrum, tym więcej ludzi wsiadało do wagonu.
W krótkim czasie zabrakło miejsc siedzących a szelest i rozmowy zakłóciły dotąd panującą względną ciszę. W tamtym momencie pomyślałam, że być może tak naprawdę nie wiem o ludziach nic, być może wyczytane z ich twarzy informacje były jedynie moimi uczuciami     i myślami. Każdy z nich niósł indywidualną historię, której nie zdążyłam poznać przez ten zaledwie ułamek mojego życia. Ludzie przestali być ludźmi, a stali się jedynie kształtami- bladymi twarzami, sylwetkami, pupami, nogami, nowymi Nike’ami i spodniami do kostek. Nie widziałam już różnicy pomiędzy nimi, były kobiety i byli mężczyźni, były usta przeciągnięte czerwoną szminką i były brody mężczyzn, oraz stacje,            po których zgasła nadzieja na zobaczenie kogoś…wyjątkowego.

Wkrótce podróż się skończyła. A wraz z nią zatrzymanie się w czasie, piękno chwili. Był powrót do rzeczywistego świata i biegu… za niczym.

Udostępnij:

Facebook