Przez ostatnie kilka tygodni nie do końca potrafiłam określić tak naprawdę swój stan. Nie było to materialne, pomijałam całe zmęczenie i zabieganie, tajemniczość i kwestia ogólnego ogarnięcia bardzo dobrze grała z moim nastawieniem i samozaparciem. Całe otoczenie określiłabym jako coś nowego i na maksa pozytywnego, ani przez chwilę (pomimo pustego narzekania w powietrze) nie żałowałam decyzji pójścia na kolejne studia, wręcz przeciwnie – czuję się, jakbym znowu wróciła do szkoły. Spędzanie przerw z rówieśnikami, coś zobowiązującego i absolutnie lekkiego. Czas przysypiania na wykładach, czekanie z ubłaganiem na kolejną chwilę oddechu. Kawa za kawą i kanapki z Żabki z serem i ogórkiem.

 

W godzinach nocnych przemierzałam autostradą myśli, kanapa- choć wygodna, nie pozwalała mięśniom na relaks, wszystko choć idealne było nie do końca takie, jakie powinno. Nie było wystarczające. Powtarzane w głowie po tysiąckroć dekalogi, plany i tytuły, które rano były albo zapomniane, albo tak bardzo przejaskrawione. Poddenerwowanie, uczucie wypalające już płuca, zmarszczone brwi i oglądanie powiek od środka. Po raz kolejny już witam świt, stojąc w kuchennym oknie, choć to miejsce tak kiedyś bolesne- dziś dające ukojenie, w pewien sposób nie wystarczyło do czucia się wolną. Myślę nad kolejną maską, jaką przybiorę dzisiaj. Od ckliwości jest już mi naprawdę daleko, a łzy kiedyś codzienne, dziś są tylko nic nie wartym wspomnieniem.  Zapominam o faktach, które kiedyś frustrowały. Dawne prawdy, kiedyś puste banery a dzisiaj- najbardziej aktualne zasady, wobec których żyję.
Nie myślałam o tym, że chciałabym się jakoś określić, choć gdy dotarłam do tego momentu było to leczące. I miało wpływ na dalsze postrzeganie powrotu do domu, bo Szkocja- chociaż piękna, nie dała do końca tych odczuć o jakie walczyłam przez ostatni miesiąc. Wręcz bywa mi głupio, bo prawdopodobnie żadne zdjęcie nie odda żadnej myśli i żadnej odwadze, jaka się pojawiła w przeciągu zaledwie kilku chwil. Myślę wręcz, że przełamałam dotychczas każdy wieloletni schemat zachowań i sieć postanowień, myśli, w jaką się uwikłałam.
Każdą chwilę zapamiętam inaczej niż wtedy czułam. Smaganie wiatru na policzkach, każda kropla deszczu, ból w łydkach po długiej wędrówce ani nawet wyrżnięcie ślizgiem na błocie, żadna chwila  – nie będzie tak intensywna wtedy, jak jest teraz, paradoksalnie. I myślę, że właśnie takim ślizgiem zmierzam do realizacji każdego planu, jaki zrodził się po tych kilku, naprawdę intensywnych dniach.

 

 

 

 

 

 

Czuję się uwięziona. Nie fizycznie ani nawet nie do końca psychicznie. Nie ma na to wpływu miejsce, w którym mieszkam ani fakt, że jest tak daleko od czegoś, co mogę nazwać domem. Moje emocje są w tym momencie niczym psy na łańcuchach. Są wolne, do któregoś momentu. Wydawało się dotychczas, że opanowanie ich i temperowanie na bieżąco ich wpływu na moje funkcjonowanie jest kluczowe w rozwoju. Jednak dzisiaj, myślę że czułam się bardziej sobą gdy władały one i planowały za mnie. Nie czuję się szczęśliwa ani smutna. Jestem gdzieś pomiędzy, a ta granica tak naprawdę cały czas się zaciera. Wydaje mi się, że mogę dzisiaj wszystko i nic nie jest w stanie mnie złamać, że nic już nie zrobi na mnie wrażenia, nie zmienię na nic swojej opinii, nie zaskoczę się ani pozytywnie, ani negatywnie. Trochę jakbym była gotowa zawojować cały świat, ale też gotowa by go stracić. Gotowa na odejście i przyjście ludzi w moim życiu. Pogodzona z każdym bolesnym wydarzeniem, jak również szczęśliwa, że mogło się to wydarzyć. Dziękczynna za miłość, akceptująca nienawiść. Nie jestem też w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy owo uwięzienie jest na pewno złym, czy też dobrym objawem, wydaje mi się, że odczuwam już każdy skutek i jest on już swego rodzaju stabilizacją.
Chciałabym poczuć trochę więcej. Być kimś więcej niż odczuwającym i akceptującym niewymiarem. Niech rozwinie się sztorm i znów zmieni coś w tej historii. Niech stanie się zaufanie, miłość i nienawiść, abym wiedziała, co dalej robić. Niech najlepszym towarzystwem nie będę ja sama. Niech ułoży się plan na najbliższe tygodnie i niech będzie pełen zła i dobra. Być może to pozytywny objaw, że coś takiego się dzieje i być może to najlepszy moment, aby zdobywać szczyty. Jednak…

 

Chcę czuć, że żyję. Aktualnie istnieję. Nie mylić z egzystencją. Robię absolutnie wszystko, co mogę. Wszystko, co zmierza dokądś. Wszystko, co da mi satysfakcję i ma wpływ na moją przyszłość.

 

A jednak… Wciąż takie niepełne. I gdzieś obok.

 

 

 

 

 

Udostępnij:

Facebook