Przyznam, że bardzo nie chciałam poruszać tego tematu na swoim blogu. Wydaje mi się, że wystarczająco autorów oraz influencerów podbiło ten temat, jednak odnoszę wrażenie, że nie z tej… nie wiem, właściwej strony? Prawdopodobnie nie mi to oceniać.

Dla mnie ten rok był w pewien sposób przełomowy, ale nie w ten sam sposób, co poprzedni. Uwierzcie, że po dwudziestym roku życia każdy kolejny rok mija szybciej. Mam jednak na myśli to, że nie tylko epidemia była wydarzeniem „na nie”. I można by koloryzować. Mówić, że wszystko w końcu będzie na plus. Ale póki co, wolę być szczera mówiąc, że jest zajebiście ciężko. Cały rok był pełen wydarzeń, o których byłam pewna, że nigdy się nie wydarzą. Przeprowadzka do rodzinnego miasta, zmiana pracy, (wciąż) nieregularne pisanie i brak pomysłów. Na bloga, rzecz jasna, bo tych na siebie zdaje się nie brakować.

Jednak znów- tylko biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich się znalazłam.   Oprócz tego, że muszę dzisiaj nosić maskę wszędzie, gdzie jestem, nie pomyślałabym, że epidemia zabierze mi prawie wszystko. Poczucie siły, władzy nad własnym życiem i kontroli. Czyli wszystkiego, co jest dla mnie ważne. Skończyła się stabilizacja, a zaczęła walka o życie każdego dnia. Nie pamiętam już, ile razy zastanawiałam się, czy właśnie zmarnowałam dwa i pół roku terapii, czy cofnęłam się w rozwoju, czy może jednak zwyczajnie mam „urlop” od pracy wewnętrznej, z tym, że moja motywacja do czegokolwiek też zdaje się mieć urlop. I to, kurka, bezpłatny.

  Kończąc 2019 byłam pełna wiary w to, że ten rok będzie bezwzględnie przełomowy, a kończę go z myślą „co tu się do cholery wydarzyło?”. I miota mną to dziwne uczucie, że przecież miało być inaczej. Tymczasem nie ukrywam, że dałam się zwieść jakimś starym marzeniom i temu wilkowi z lasu zwanego sentymentem. Taka rada- nie ufajcie temu sukinsynowi. Nie zliczę, ile razy znalazłam się w jakiejś beznadziejnej sytuacji, z myślą: czy ja mam nawroty depresji, czy może jednak po prostu znalazłam się w kolejnej dziwnej sytuacji, której nie ogarniam?

  I uwierzcie, że nie jestem jedyna. Połowa ludzi, z którymi rozmawiam na tematy głębsze jak niczym kieliszek, jest dokładnie pełna podobnych doświadczeń. Teoretycznie rok, w którym połowę życia spędzasz w domu, powinien być pełen sukcesów – przecież przedtem nie miało się czasu, by wysprzątać 4 raz w ciągu miesiąca szafę z ubraniami. Ale wbrew pozorom okazuje się, że ta pieprzona szafa wtedy tak nie przeszkadzała, a koszmar wstawania do pracy co rano był o niebo lepszy, niż budzenie się o dziewiątej rano bez budzika i chodzenie w piżamie przez połowę dnia. Dodam tylko, że kto nie uczestniczył w studiach zdalnych w koszuli nocnej, niech pierwszy rzuci kamień. I jasne, ten spokój, ta przestrzeń (bo w końcu nikt nie wisi ci na ramieniu w hipermarkecie) w jakiś sposób jest… wygodna, ale pomyślcie ilu ludzi doznało jednego wielkiego „Error” gdy po kilku latach modlenia się, by ich zakład pracy w magiczny sposób zniknął, okazało się, że tak naprawdę wstawanie co rano do pracy ma jakiś większy cel i dobroczynnie wpływa na ludzką aktywność i efektywność w ciągu dnia. I kurka, ludzie za tym tęsknią. Ja na szczęście pracy zdalnej doświadczyłam tylko przez kilka miesięcy. I były to najgorsze miesiące w moim życiu,  bo miałam czas na wszystko.

Może się to wydawać dziwne, ale odzwyczaiłam się dużej ilości czasu wolnego, gdyż nim zaczęła się pandemia, cały grafik wypełniony miałam przeróżnymi zadaniami. Brak czasu na myślenie, ogrom czasu na działanie. I cholernie mi tego brakuje. Tęsknię za studiami stacjonarnymi, bo zdalne mijają się z moim zaangażowaniem. Chociaż nawet bardziej porównałabym to ze staniem pod drzwiami w oczekiwaniu, aż sąsiad sobie pójdzie, bym mogła spokojnie wyjść.

  Tęsknię za wyborem. Pójść na siłownię, czy nie pójść? Umówić się na piątkowe bajlando z koleżankami, czy spędzić wieczór z winem przy Netlfiksie? Teraz zdaje się nie być wyboru, Netflix stał się podstawą piramidy potrzeb, a poćwiczyć możesz co najwyżej wkładając jedzenie do ust. Moje życie nigdy tak nie wyglądało, a teraz tak wyglądać poniekąd musi. 

Przyznam, że trochę zaczynam wariować, bo tęsknię za normalnością. Za zwyczajnym poruszaniem się wśród tłumu, za wolnością twarzy i sensem nakładania czerwonej szminki (sensu nie ma, gdy nakładasz maseczkę. Wtedy ewentualnie możesz zrobić cosplay Joker’a). Tęsknię za możliwością wystrojenia się na randkę, za robieniem co weekend tego samego zdjęcia z okna uczelni na Pałac Kultury, tęsknię za możliwością zjedzenia kebaba na ostrym na ulicy Świętokrzyskiej, za odetchnięciem na plaży i brakiem ukrywania się za maską (tu interpretacja dowolna), za otwartymi muzeami i galeriami sztuki.

 

    A przede wszystkim tęsknię za sobą. Za produktywną, zorganizowaną i zajętą sobą.   

 

 

Udostępnij:

Facebook


Share This

Łamiąc Stereotypy

Polub mnie na Facebook i zostań na dłużej!